13 listopada 2014

I can still hear you saying you would never break the chain

Pierwsze: Jesteś silniejsza niż ci się wydaje.
Drugie: Jesteś okrutniejsza niż ci się wydaje.
Trzecie: Najmniejsze słowa złamią ci serce.
Czwarte: Zapomnisz kiedy niewskazane jest układanie kart pacjentów w porządku alfabetycznym, lecz za dziesięć lat wciąż będziesz pamiętać liczbę stopni prowadzących do jego mieszkania. 
Piąte: Nie będzie chwili bez woskowego światła przy jej drobnym, białym grobie.
Szóste: Będziesz bała się najróżniejszych rzeczy - pająków, szpitalnych fartuchów i jedzenia samotnie, ale twoim największym strachem będzie chwila, gdy ludzie zobaczą cię tak, jak sama siebie widzisz. 
Siódme: Będziesz ukradkiem oglądała się za idealnie okrągłymi brzuchami, bucikami wielkości pudełek od zapałek oraz mlekiem w proszku. 
Ósme: Stracisz lekkość języka i ukryjesz nadgarstki pod kolejnymi warstwami, nauczysz się jak spać samotnie, unikając chłodnych brzegów a wciąż wypełniając łóżko. Bezosobowy uśmiech nie zejdzie ci z twarzy. 
Dziewiąte: Wszystko będzie w porządku.
Dziesiąte: Wszystko będzie w porządku.


Serena Kyle
1987, Poulsbo
recepcjonistka w przychodni


[Dramy, romanse, średnio albo długo, z powiązaniami. Tak dla rozjaśnienia sytuacji facetowi Sereny uciekło się dawno temu, a córeczce zmarło prędko po urodzeniu. Fleetwood Mac i weheartit.]

WIEM JAK TO NIEZNOŚNE JAK KTOŚ NOWY SIĘ POJAWIA I MILKNIE, ŻYJĘ I W SOBOTĘ SIĘ ODEZWĘ, POZDRAWIAM 

12 listopada 2014

you don’t need a plan of what you wanna do


McGovern. Trzydzieści dwa lata skończył czwartego października. Szkot z krwi, kości i akcentu. Urodzony w Aberdeen, gdzieś niedaleko lotniska, na prawo od wysypiska śmieci i ulubionego baru, w którym sprzedawano mu alkohol już po czternastym roku życia. Wyemigrował chwilę po studiach i ślubie.
Marzenie o byciu pediatrą się nie spełniło, okazało się, że ma fatalne podejście do dzieci (chociaż przy własnym sześciolatku powinno się to zmienić, zapewne trzeba poczekać do pełnoletności). Ginekolog, położnik (stracił przytomność tylko przy narodzinach syna) i psycholog – w sytuacjach, kiedy pacjentka leży już na fotelu, zastępującym świetnie kozetkę.
Regionalny patriotyzm zaszczepił w nim dziadek, mieszkający pod Grampianami. George w dzieciństwie grał na dudach, a za czasu wczesnej młodości podskakiwał w kilcie do ceilidh. Jak to zwykle bywa w celtyckich opowieściach, zwiodła go kobieta, za którą podążył do znienawidzonego kraju.
Bywa porywczy, zrzędliwy, szybko się nudzi i zasnąłby praktycznie w każdym miejscu i o każdej porze. Raczej poczciwy, najprawdopodobniej dlatego żona zostawiła go dla kogoś, kto dostarczał jej więcej emocji i powodów do namiętności. Małomiasteczkowość przyprawiła go o pochopną i nieprzemyślaną zgorzkniałość. Kiedyś pacjentka, wracając do gabinetu po szalik, przyłapała go na bezlitosnym przedrzeźnianiu jej - więc tak, czasami działa trochę pochopnie.

Zaczynać nie lubię (pewnie większość nie lubi). Matthew McNulty użyczył siebie, chociaż o tym nie wie.

...

"Lecz ona trzyma w dłoni
tylko jeden okruch
uchroniła go uniosła
biegnąc
przez ogień i wodę."
Tadeusz Różewicz — Niepokój

Salome Lola Aysgarth  •  24 lat — 02.06.1990 • kosmetyczka, przyjmująca w domowym salonie • brzdąka na gitarze i robi znikomą karierę na youtube • nie będzie zwiastunem śmierci dla żadnego Jana
.................................................................................................................................................................................
W szufladzie biurka, gdzieś strasznie głęboko, dalej ma schowany pamiętnik, w którym kiedyś zapisywała wszystkie marzenia i w którym snuła wielkie plany na przyszłość. Miała wiele okazji, aby spełnić chociaż część z nich, jak na złość jednak zawsze coś stawało na przeszkodzie, a wrodzony słomiany zapał odzywał się w najmniej odpowiednich momentach. Takim właśnie sposobem dalej mieszka w rodzinnym miasteczku, opiekuje się samotną i schorowaną matką, a w wolnych chwilach snuje się po ulicach i udaje artystkę od siedmiu boleści. Wychodzi z założenia jednak, że nie ma co płakać nad swoim życiem, bo zawsze może być gorzej. Zwłaszcza, kiedy nosi się imię, które w dużej mierze zwiastuje nieszczęścia.
.................................................................................................................................................................................
Gillian Zinser, Tadeusz Różewicz, chęci na wątek i elastyczność

9 listopada 2014

Gdy czu­jesz, że skończyły ci się po­mysły, po pros­tu wpad­nij na jeszcze jeden.

 Rachael Farewell
dwadzieścia pięć lat, piąty miesiąc ciąży, pięć lat w związku
florystka
Czerpała energię z długich, wieczornych spacerów wzdłuż przystani, w wolnym czasie robiła spontaniczne wypady do Seattle i Waszyngtonu, zachwycała się dotykiem rzęsistego, jesiennego deszczu na nagiej skórze, z zamkniętymi oczami przeskakiwała największe kałuże, fascynowała się zmiennością pór roku, kochała smak dziecięcej beztroski, lubiła zasypiać przy lekko ochrypłym głosie Daughtry, jej śmiech zawierał w sobie całą radość życia, wierzyła w cuda, na tysiąc sposobów próbowała uchwycić chwilę, po porady zawsze dzwoniła do taty, pomarańcze popijała sokiem pomarańczowym, podczas mycia zębów śpiewała do szczoteczki, nie lubiła dużo mówić, czasami nie mogła się powstrzymać od drobnej złośliwości, nie umiała się obrażać, fochy strzelała tylko dla zabawy, opalała się w wysokiej trawie, przez rok uczyła się jazdy na rolkach, godzinami rysowała wymyślone przez siebie postacie na czystych kartkach szkicownika, uśmiechała się do nieznajomych, z dziadkiem chodziła do lasu na grzyby, oglądając horrory, zasłaniała oczy, zawsze usprawiedliwiała czyny ludzi, mimo to nie od razu zwalczała urazę, zachowała wrażliwość wobec cierpienia innych, uparta i zawzięta, subtelna i kobieca, ciastka popijała zieloną herbatą, gotując dzwoniła po wskazówki do mamy, nie lubiła niespodzianek, była ciekawa świata, umiała się śmiać sama z siebie. Jednak w niektóre dni z jej ust wydobywał się jedynie zużyty tlen, a ciało spoczywało sparaliżowane bezruchem.
 _____
Nie podoba mi się karta, chyba z wprawy wyszłam, ale wszystkich chętnych do wątku z Rachael zapraszam :3
Cytat należy do Johna Whitmore'a.   

come with me now, I'm gonna take you down


Shahar Lavi Hart
1989, Rotterdam
córka rybaka

Właściwie nie byłoby już tych Hartów, gdyby dobrzy przyjaciele z Holandii w czterdziestym trzecim nie przechowali pod podłogą dziadka Harta, który potem razem z resztą holenderskiego ruchu oporu witał Amerykanów wyzwalających Eindhoven (viva Market Garden!). Ale są, Shahar też jest, przybył przeszło pół roku temu i od tamtej pory stara się nie rzucać w oczy, udając, że łowienie ryb to naprawdę doskonały sposób na życie dla kogoś takiego, jak on. Jak zapytasz, czy jest żydem, to w jidysz ślicznie każe ci spierniczać, jak się wścieknie to pomamrocze coś po holendersku, a jak będzie musiał normalnie się odezwać, to nawet angielskiego zbytnio nie pokaleczy. Odzywa się, kiedy chce, wbrew pozorom wcale nie jest taki trudny w kontaktach, ale jeśli nie ma nic ciekawego do powiedzenia, to woli nic nie mówić. Okrutnie konkretny, na fajki potrafi przepuścić ostatnie pieniądze i, żydowskim zwyczajem, marzy o tym, żeby kiedyś zbić majątek, a potem cwaniakować do końca życia. Jest zawsze tam, gdzie najmniej się go spodziewasz, ale przez większość czasu pływa sobie łódką, udaje, że nie zna czegoś takiego jak choroba morska i na kilometr śmierdzi starą rybą. A w międzyczasie szuka jeszcze jakiejś idiotki, która dałaby się w miarę szybko zaciągnąć do ołtarza, bo nad głową wisi mu widmo urzędu emigracyjnego i w ogóle deportacja to zło, choć podobno czasem konieczne.
I w sumie to nie narzeka, bo zawsze mógł dostać od rodziców na imię Szlamo. I uczulenie na ciasto czekoladowe. Wtedy to dopiero byłoby przesrane…

pewnie jak zwykle przesadziłam, więc krzyczeć można
 

8 listopada 2014

triangles are my favourite shape


William Harvey
1978, Poulsbo
lekarz internista


Reprezentuje sobą znacznie mniej niżby chciał. Cała paleta zachowań. 
Jest rozwód z orzekaniem o winie i przykurzone gdzieś po drodze małżeńskie sumienie. Jest relatywizm moralny i naginanie rzeczywistości. Jest karkołomna, szybka jazda na motorze. Jest dystans względem głębszych relacji z kobietami i brak zaufania do samego siebie w ich obecności; jesteś tylko obrzydliwym jebaką, Will. Jest cotygodniowy telefon do matki i ojca; jesteśmy z Ciebie dumni, ale... Jest impulsywność i więcej działania niż myślenia, to drugie najczęściej po fakcie. Jest trzyletnia córka, którą widuje znacznie rzadziej niż powinien. Jest zbyt wiele stawianych sobie wymagań i chora ambicja depcząca po piętach. Jest wiele zalet o których nie pamięta i ludzi o których powinien dbać bardziej. 
I jest Will Harvey, który to wszystko nosi w sobie. 


_______________
Odgrzewany kotlet. 
Nie jest taki straszny, obiecuję. Prawdopodobnie żeńska postać do oddania. 
Alt-J. Franco. Ja.  

Sen, czmychnąć weń, zbiec jak tchórz. W fazie delta w cichą otchłań spaść.

  

Bianka Larens, 29 lat

 

Pani weterynarz || Matka || Dziadkowie pochodzą z Islandii || Po prawie 10 latach spędzonych w Seatlle, wróciła do rodzinnego miasteczka || córeczka Emily || Jeździ konno || Gra na pianinie || Towarzyska choć nie ufna || Wiecznie poważna || Pedantka || Troskliwa i czuła || Czasem nadto wybuchowa ||


LUDKI





   Miała lat dziewiętnaście, gdy wraz z Kevinem wyjechali do Seatlle na studia. Była to bardzo miła odmiana, po całym życiu spędzonym w tak małym miasteczku jak Poulsbo. Szkolna miłość, wchodząca na kolejny etap wspólnego życia. Najbardziej rozpoznawalna i lubiana para, która wyjechała zostawiając za plecami swoje rodziny. Oboje studiowali weterynarie, wynajmowali małą kawalerkę, dodatkowo pracując wieczorem dla utrzymania. Byli robotnymi, młodymi ludźmi z wielkimi ambicjami.

   Kochali się bardzo, mimo wielu kłótni nie widzieli poza sobą świata. Gdy miała lat dwadzieścia trzy, oboje kończyli stopień undergraduate*. Wtedy też okazało się, iż jest w ciąży. Mieli już trochę lat na karku, byli odpowiedzialnymi ludźmi – więc nadali się na dobrych rodziców. Bynajmniej tak myślała. Kevin był innego zdania, nie czuł się gotowy na ojcostwo, zbyt wiele planów i marzeń posiadał, by od tak z nich zrezygnować. Ból, płacz, błagania i niemoc – tylko takie uczucia pamiętała z tamtego okresu. Wyprowadził się, czasem ją odwiedzał, pytał jak się czuje. Gdy była w siódmym miesiącu, słuch o nim zaginął. Kevin jej największa miłość i ojciec jej dziecka, przepadł.

   Dziewczynka, na imię dostała Emily. Ciemnowłosa mała kruszynka. Jej najważniejszy skarb, który bardzo skomplikował jej życie. Miała rok przerwy od nauki, jednak nie mogła od tak zrezygnować ze swoich marzeń. Pomogła jej matka, która przyjeżdżając do córki postanowiła tam zostać i opiekować się małą wnuczką. Bianka skończyła stopień graduate* mając lat dwadzieścia osiem. Pod czas studiów zdobywała również praktykę.

   Emily miała lat sześć, gdy wraz z swoją matką wróciły do Poulsbo. Bianka wraz z ojcem, prowadzi tutaj małą klinikę weterynaryjną. Już nie cierpi, nawet ze świadomością, iż ojciec jej dziecka również mieszka w tym małym miasteczku, został mechanikiem nie kończąc zaplanowanych studiów. Już jest szczęśliwa. Ma inteligentną, małą córeczkę, najwspanialszą pracę na świecie i jest w domu. 


_________________________________
Tytuł: Hey - Faza Delta 
*licencjat || doktoranckie
Twarzyczki z tumblr.
No serdecznie witam i zapraszam!

Bo żyje się raz!


Olivia Thompson 
20 lat | Studentka dziennikarstwa | Kelnerka w Hewer Shack | Całe życie w Poulsbo 


Energiczna i żywiołowa dziewczyna, mieszkająca w małym domku z ukochanym dziadkiem. Rodzice za granicą, co jakiś czas dzwonią i wysyłają prezenty. Ogólnie jest otwarta na wszystko oraz towarzyska. Dużo mówi, dużo się uśmiecha i dużo śmieje. Zagorzała romantyczka, uwielbiająca książki z miłością w roli głównej. Mająca nadzieje, że kiedyś i ona przeżyje swoje big love.Studiuje dziennikarstwo, by móc w przyszłości uciec z tego miasta i podróżować jako słynna reporterka. Dziadek nie należy do wielkich bogaczy, więc aby móc się uczyć, dorabia sobie jako kelnerka. Ba, ten zawód nawet sprawia jej przyjemność. Od dziesięciu lat tańczy balet, niemal całe życie maluje. Nerwus jakich mało, ciekawska jak cholera. Przyjazna laseczka, która doradzi i pomoże. Gdy ma czas dla siebie, lubi spacerować, jeździć na rowerze i wychodzić na miasto. Oczywiście ma swoje za uszami, ponoć doskonale gra na nerwach. Jeśli za dużo wypije, potrafi tańczyć na stole w samej bieliźnie. Co prawda do tego jeszcze nie doszło, ale to dzięki tylko i wyłącznie przyjaciołom, którzy nie pozwolili jej zrobić z siebie większej idiotki. W dzieciństwie kochająca pukać do drzwi i uciekać, to przecież takie zabawne. Ponoć chłopczyca, bo lubiła bawić się z chłopakami. Nie jej wina, że wolała klocki i autka oraz skakać po murach, przez co do domu zawsze wracała z obdartymi kolanami i łokciami. Że niby ładna? Każdy ma swoją definicje osoby 'ładnej'. Kompleks na punkcie swych małych piersi, ale przynajmniej może biegać rano bez większego balastu. Motto życiowe? Raz się żyje! 

___________________
No, powitajcie Oli. 
Chcemy wątki, chcemy oj chcemy.
Nie gryziemy, chyba.
No, to cześka! 


Nothing.




Grace Rodden

╔══════════════════════════════════════════════════╗

26.12.1994 ● nowa w mieście ● córka lekarza i krawcowej
piecze babeczki, które później sprzedaje każdemu kto chce je kupić
w wolnych chwilach rysuje i opiekuje się trójnogim psem

╚══════════════════════════════════════════════════╝
Dziewczyna przyjechała do Poulsbo razem z rodzicami, rzekomo w ich rodzinne strony. Od urodzenia mieszkała w Bostonie, do którego była bardzo przywiązana i za którym tęskni. W końcu zostawiła za sobą miasto w którym poznała swoją pierwszą miłość, w którym miała przyjaciół i w którym żyło jej się jak w bajce.
Nowy dom nie jest wcale taki zły. Życzliwi ludzie, piękne krajobrazy i względnie świeże powietrze doskonale wpływa na samopoczucie. Nie zdążyła poznać nikogo z kim mogłaby spędzać swój wolny czas, więc zajęła się tym co zawsze chciała robić. Zaczęła piec babeczki, z początku wypieki były tylko dla niej ale później zaczęli kupować je sąsiedzi i tak biznes rozrósł się na kilka domów. Dziewczyna marzy o otworzeniu własnego sklepiki, w którym mogłaby piec i sprzedawać swoje dzieła.
Grace od razu przyciąga wzrok. Może nie dlatego, że jest olśniewająco piękna, wysoka i inteligentna, ale przez to, że zawsze chodzi ubrana w czarne rzeczy, nie ważne czy jest ciepło czy zimno. Dziewczyna wygląda na osobę starszą niż jest w rzeczywistości, przez co nierzadko jest zaczepiana przez starszych panów, co jej w sumie nie przeszkadza, bo uważa się za dorosłego człowieka.
Jest osobą przyjaźnie nastawioną do każdego, chociaż zdarza się, że potrafi być niemiła. Uśmiecha się dość często. Jest ambitna i dąży do wyznaczonego przez siebie celu. Łatwo ją rozzłościć, ale wszystkie emocje chowa dla siebie. Nie szalała za bardzo i żałuje że nie spróbowała wszystkiego kiedy miała na to czas i okazję. Miewa lepsze i gorsze dni. Często można spotkać ją jak biega rano lub siedzi niedaleko przystani. Uwielbia kawę i różnego rodzaju herbaty, więc w miejscach gdzie są serwowane zawsze można zauważyć pannę Rodden. 


___________________________________________________
random,
Zapraszam do wątków i powiązań.
Lubimy dziwne i pokręcone wątki, mile widziane dramaty :)



When I wake up, I'm afraid

Why would you tell me that it's fate
When they laughed at me, every day, in my face? 


Przez wiele lat miała wrażenie, że była jedynie pomyłką. Nie dość, że od małego wołano na nią Błazen, bo miała taką „zabawną” twarz, to w dodatku dostała męskie imię. Los ten niestety dotknął ją, trzecią córkę państwa Martinez. Miała być ponoć tym ostatnim dzieckiem, synem. Rodzice jakoś szczególnie nie przejmowali się tym, że urodziła im się córeczka i nazwano ją imieniem Lalo. Cóż za ironia, kiedy to dwa lata po narodzinach Zany, na świat przyszło czwarte (i ostatnie) dziecko Paz i Mario, oczywiście syn! Z biegiem lat Zany zaczęła czuć się niezwykle niedoceniona i potraktowana zbyt lekceważąco. Czuła, że była najmniej kochanym dzieckiem i od zawsze wyśmiewanym przez rodzinę, bo nosiła męskie imię i w dodatku żałosne przezwisko. Sama w końcu w nastoletnim wieku starała się znaleźć sobie inny pseudonim, nawet pozwalając wołać na siebie Pinky, ale ostatecznie nic nie wypaliło, bo zawsze reagowała na tego cholernego błazna. Przyjaciół też za wielu nie posiadała, bo w jej okolicy i szkole dzieciaki miały zbyt ograniczone rozumowanie, które skupiało się jedynie na żarciu tacos i zabawach. Zany już wtedy poczuła, że Meksyk nie jest dla niej, a bocian podrzucił ją pod zły adres. Musiała po prostu zniknąć stamtąd jak najszybciej. Dlatego do Poulsbo przeprowadziła się w wieku osiemnastu lat, kiedy to szukała idealnego miejsca dla siebie. Los najwidoczniej obdarzył ją cieniem uśmiechu, gdyż znalazła dla siebie lokal i skromną pracę w tutejszym sklepiku. Uśmiech jednak stał się serdeczniejszy, kiedy to doceniono jej talent plastyczny i zamiłowanie do rysowania, tym samym zatrudniając ją w Hadwire Tattoo. 
Aktualnie Zany wciąż pracuje w studiu tatuażu. Każdy klient jest zadowolony, gdyż Zany całym sercem oddaje się swojej pracy i nie robi nic na szybko. Od roku mieszka w większym mieszkaniu, który dzieli ze swoim współlokatorem. Nie utrzymuje kontaktu z rodziną, bo właściwie po co? Oni sami nie okazują żadnych chęci i najwyraźniej guzik ich obchodzi jak miewa się Lalo Martinez. Zany nawet to odpowiada, bo zapewne szlag by ją trafił, gdyby znowu zaczęli udzielać się w jej życiu i niszcząc wszystko, na co sama zapracowała. Tak, moi drodzy, Zany jest w swój sposób dumna ze swoich małych sukcesów życiowych i nawet pogodziła się z faktem, że nosi męskie imię, wołają na nią błazen, a jej dzieciństwo było jedynie koszmarną parodią. Tylko czasem boi się, że kolejny dzień przyniesie swoje trudności. Tylko trochę boi się, że wszystko po prostu legnie w gruzach.

http://funkyimg.com/i/PXgC.png

Couldn't tell what would happen next
But as weeks went by look what turned to best.

LALO ZANY MARTINEZ
Zany Martinez,  dwudziestopięcioletnia tatuażystka mieszkająca od siedmiu lat w malowniczym Poulsbo. Znana każdemu pod pseudonimem Zany, którym właściwie sama się przedstawia. Chyba, że załatwia jakieś formalności. Wtedy musi przedstawić się pełnym imieniem i nazwiskiem. Pół dnia spędza w pracy, gdzie wykonuje kolejne tatuaże i choć jej twarz nie ukazuje żadnych emocji, w środku cieszy się, że ktokolwiek docenia jej prace, a ona może robić to, co kocha. Ciągle towarzyszy jej pikantne jedzenie, które spożywa garściami i spokojnie może szczycić się tym, że w dalszym ciągu jest szczuplutka. Z biegiem lat wytatuowała sobie tatuaże na swoim ciele, a każde z nich ma swoje ukryte znaczenie, o którym nikomu nie mówi, bo nie czuje takiej potrzeby. Właściwie rzadko kiedy się odzywa, a jeśli jest już taka konieczność, to jej słowa są zazwyczaj krótkie i proste. Nie lubi odpowiadać na pytania dotyczące jej, a przede wszystkim nienawidzi pytania odnośnie jej przezwiska. Sama nie wie dlaczego dostała angielski pseudonim, kiedy to wychowywała się w Meksyku. Więc jeśli chcesz żyć sobie w spokoju, daruj sobie pytania kierowane w jej stronę. Zany jest w gruncie rzeczy dość skomplikowaną osobą. Wydaje się sympatyczna i życzliwa, ale kiedy decydujesz się ją poznać, boisz się, że cię pogryzie lub nawet połknie w całości. Natomiast w rzeczywistości Zany nikogo nie zjada i nie buduje wokół siebie żadnego muru. Jest zamkniętą księgą, którą można otworzyć i przeczytać. Ale delikatnie i ostrożnie, bo łatwo ją zranić i przygnębić, chociaż wcale nie wydaje się osobą wrażliwą. Zdaje się, że żyje w swoim indywidualnym świecie, który uzupełnia, a nawet tworzy muzyka dobiegająca z jej słuchawek, które rzadko kiedy wyciąga z uszu. W swoim mieszkaniu najchętniej spędzałaby wolny czas przy słuchaniu muzyki na fulla i oglądaniu telewizji. Ale rzadko kiedy tak robi, bo wracając do domu zazwyczaj śpi, sprząta, rzadziej gotuje lecz częściej rozmawia ze swoim współlokatorem, który - o dziwo - jest jedną z niewielu osób, którym Zany może odpowiadać na pytania. W gruncie rzeczy, Zany nie ma szerokiego grona przyjaciół i gdzieś tam w głębi duszy czuje się niezwykle samotnym człowiekiem, który nie może nikomu powiedzieć jak cholernie boi się przyszłości.

___
Okay, karta jest. 
Powiedziałabym, że ja poprawię, bo źle przedstawiłam pomysł na nią.
Ale nie, nie poprawię, bo mi się chyba podoba.
W każdym razie, ZAPRASZAM DO WĄTKÓW.
Elo.
Zdjęcie w karcie z tumblr, natomiast wszystkie 
fragmenty piosenek (wraz z tytułem) autorstwa moich promyczków, The Neighbourhood. 

Karma jest zołzą, pokaże ci samotność.

stanowimy-jedno:

.
S O P H I E C A L L A H A N 
17 sierpnia 1995 roku
Licealistka

Nigdy nie narzekała na samotność, która towarzyszyła jej niemal od chwili narodzi, a która dała o sobie lepiej znać w wieku szkolnym. Sophie zawsze w jakimś stopniu była sama - opuszczona przez rodziców, oraz siostrę bliźniaczkę. Matka uciekła z kochankiem trzy lata po narodzinach swych córek, a ojciec pastor jakoś bardziej faworyzował Sarah, widząc w niej dziewczynę wszelkich cnót i wszystkiego co dobre. Sophie zawsze była tą gorszą -córką, wnuczką, siostrą. Zawsze była na drugim miejscu, i w końcu musiała do tego przywyknąć, przyzwyczaić się. Nie narzeka, nie jest jej  z tym źle, nawet bardziej na rękę. Nie musi przejmować się tym, co powiedzą o niej ludzie, czy też wierni parafianie. Dokładnie wie, że wytykają ją palcami, bo nie  chodzi na msze niedzielne, wyrzekła się Boga, oraz złamała złożone w wieku czternastu lat śluby czystości. Ma na swoim koncie kilka ucieczek z domu, podróże autostopem, i mieszkanie na squatach, bo taki był jej kaprys. Ma skryte marzenia, które chce spełnić. Ma gitarę, oraz zeszyt w którym pisze piosenki, ale nie pokazuje ich nikomu. Zdjęcie matki nosi w portfelu - nieco pożółkłe, ale jej to nie przeszkadza. Nie ma za to chłopaka, nie ma psa, choć pewnie za niedługo sprowadzi do domu jakiegoś czworonoga. Nie ma zbyt wielu przyjaciół i znajomych, ma za to czas na zabawy, seks w klubowych łazienkach, oraz upijanie się na dachach różnych budynków. Ma czas na wycieczki przez kraj, prawdopodobnie ma kilka zagrożeń z przedmiotów, ale jakoś tym też się nie przejmuje. Ma ambicje, choć przyznaje bez bicia że jest leniwa, i po prostu jej się nie chce. Żeby mieć jakiekolwiek pieniądze, czasami dorabia sobie w sklepie muzycznym, dzięki czemu przez kilka godzin dziennie może mieć chwilę spokoju na słuchanie ulubionych zespołów. 
Sophie Callahan ma również kilka problemów, o których nikt nie wie. Ma kilka pobytów na komisariacie, bo kiedyś tam została złapana przez jakiegoś natrętnego funkcjonariusza, który strzegł prawa. Ma niewyparzony język, oraz porywczy charakter. Ale jej to nie przeszkadza.
-----------------------------------------
Tak na szybko pisane.
Chodźcie na wątki, nie jesteśmy złe <3
Myślenie mnie boli, mogę zacząć :3

Żoną miałam być, miał być ślub...

Monica Cavarelli
Ur. 13 grudnia 1993 roku
Pracownica miejscowej herbaciarni
Miesiąc temu porzucona przed ołtarzem
Poulsbo, zawsze Poulsbo




Jej historia, jest niczym opowieść o miłości postaci drugoplanowych w popularnym serialu. Dwójka ludzi poznaje się we wczesnej młodości i od tamtej pory są nierozłączni. Po skończeniu liceum On oświadcza się Jej, a rodziny i przyjaciele cieszą się razem z nimi, choć tak naprawdę są zbyt zajęci własnym, pierwszoplanowym życiem, żeby zwrócić uwagę na to, że coś się zaczyna psuć.
W pewnym momencie On postanawia porzucić pracę w Poulsbo i wyjechać na studia do wielkiego miasta. Ona jest temu przeciwna, ale On zapewnia, że wszystko będzie dobrze, będzie wracał na weekendy i święta, daje jej klucz od wynajętego mieszkania.
Ostatecznie przyjeżdża coraz rzadziej i coraz mniej interesuje się zaplanowanym ślubem.
W dzień uroczystości nie pojawia się w kościele. Nie pojawia się nawet w mieście. Wysyła list, że życie w metropolii jest tym o czym zawsze marzył, że poznał tu wspaniałą dziewczynę i będą mieli dziecko. To takie miejskie, prawda?
Przez krótki okres czasu musi znosić wytykanie palcami i szeptanie po kątach tych mniej empatycznych mieszkańców Poulsbo, ale nie jest to aż tak dołujące, jak sam fakt bycia porzuconą przez kogoś, kogo kochało się od zawsze i bez kogo nie wyobrażało sobie dalszego życia.
Monica jest i zawsze była typową dziewczyną do rany przyłóż. Pomocna, sympatyczna, nikomu nie umiałaby zrobić krzywdy i to chyba jej największa wada, bo przez tę jedną cechę staje się bezbronną sierotką, którą łatwo wykorzystać i zmanipulować. Naiwna i obecnie dość mocno zagubiona. Nie wie co zrobić ze swoim życiem po odejściu Flinta, o ile w ogóle chce coś z nim robić. Jedynie snuje się z kąta w kąt i szuka czegoś, co by ją zaabsorbowało na tyle, żeby nie myśleć.
Stara się zachowywać swoją dawną pozę wesołości i wiecznego optymizmu, wieczorami płacząc w poduszkę i zastanawiając się co zrobiła źle.
Potajemnie myśli o wyjeździe z Poulsbo i próbie odzyskania Flinta, choć na razie sprowadza się to tylko do szperania po internecie i marzeń.

Witam!
Trochę z niej sierotka, ale mam nadzieję, że to nie odstrasza aż tak
Buzia Jessici Stroup
Wątki, wątki, wątki!

7 listopada 2014

stuck on the puzzle


AARON LYNWOOD
 5.07.1986  redaktor lokalnej gazety 


Nie zamierzał wrócić i nie sądził, że kiedykolwiek to zrobi. Gwar i anonimowość dużego miasta niczym wiążące macki usidliły go w Seattle, gdzie postanowił zatrzymać się na chwilę lub dwie. Albo i na całe lata. Mógł zacząć wszystko od nowa i z czystym sumieniem wkroczyć w dorosłe życie. Znalazł małe mieszkanie, rozpoczął satysfakcjonujące go studia. Zaznał też pierwszej i burzliwej miłości, która nie była jednak w stanie przetrwać próby czasu oraz różnicy poglądów. W jego naturze leży wieczny niedosyt, tak trudny do jednoznacznego zdefiniowania i zaspokojenia. Miał niezliczoną ilość planów, do realizacji których dążył za wszelką cenę. Skrupulatnie dopisywał je do niekończącej się listy marzeń, aby pewnego dnia osiągnąć pełnię poszukiwanego szczęścia. Nie doświadczył żadnej tragedii życiowej, która w mniejszym czy większym stopniu ukształtowałaby jego charakter. Mógłby wręcz pokusić się o stwierdzenie, że urodził się farciarzem. Nigdy nie oczekiwał zbyt wiele od życia, a i ono nie wydawało się mieć wobec niego wymagań. Wraz z upływem lat zaczął postrzegać otaczającą go rzeczywistość w zupełnie innym świetle. Dużo podróżował, zmienił dawne przyzwyczajenia, nauczył się wewnętrznej dojrzałości. Każda wędrówka osiąga swój kres, który w jego przypadku nastąpił w Poulsbo. Mając dwadzieścia sześć lat z dużym bagażem doświadczeń powrócił do miejsca, z którego jako dziewiętnastolatek uciekł pierwszym możliwym autobusem. Po raz kolejny postanowił rozpocząć nowy etap w swoim życiu, odkurzając jego dawne rozdziały. Zamieszkał w małym domku nad jeziorem. Pogodził się z ojcem. Odnowił stare oraz nawiązał nowe przyjaźnie. Codziennie pije swoją popołudniową kawę w Hewer Shack. Od dwóch lat realizuje się na stanowisku redaktora lokalnej gazety, które z pewnością nie jest szczytem jego marzeń, ale pozwala na chociaż zdawkowe rozwijanie zainteresowań. Powrót w rodzinne strony wiąże się z brakiem bezimienności wśród tłumów, których w mieścinie takiej jak Poulsbo nawet nie ma. W ciągu dwóch lat zyskał utraconą niegdyś rozpoznawalność i nawet nie przypuszczał, jaką satysfakcję może sprawiać mu ten fakt. Chce otwierać się na ludzi. Chce ich poznawać, analizować, zbliżać się do nich. Chce odnaleźć to, czego brakowało mu przez lata spędzone w Seattle. Może to jego druga szansa, a może tylko jeden z niezliczonej ilości epizodów, który kiedyś złoży się w całość wieloletniej historii. Jedno jest pewne – tym razem nie pozwoli sobie na poczucie niedosytu.



***
Czeeeść, zapraszam do wątków!
Odpisuję głównie w weekendy.

Everything that kills me makes me feel alive.

Rosalie Alison Calleway
20.12.1990


Rosalie miała życie, jakiego mogła zazdrościć jej każda nastolatka. Wielkie uznanie pośród rówieśników, świetne oceny, markowe i drogie ciuchy oraz nowocześnie urządzony apartament w samym centrum Nowego Jorku. Niestety, sielanka i proste życie skończyło się, gdy skończyła siedemnaście lat. U jej ojca wykryto nowotwór płuc, a ze względu na późne wykrycie choroby było już za późno na podjęcie leczenia. Rak postępował z dnia na dzień, zbierając coraz większe żniwo. W końcu doprowadził do najgorszego. Śmierć architekta zaczęła szybko odbijać się na budżecie rodziny Calleway. Czynsz za sam apartament wynosił więcej, niż zarobki matki Rosalie, dlatego obie wiedziały, że nie mogą zostać w Nowym Jorku. Wyprowadziły się do rodzinnego miasta matki dziewczyny – Poulsbo, gdzie znajdował się dom po zmarłych rodzicach Carmen, matki Rosalie. Zamieszkały tam.
Młoda Panna Calleway z trudem zniosła przeprowadzkę. Nie mogła pogodzić się z tym, że zostawiła swoich przyjaciół oraz dotychczasowe życie. Dziewczyna zatem zaczęła się buntować, przez co jej charakter diametralnie się zmienił. Zaczęła sprawiać problemy w szkole, jej oceny znacznie się pogorszyły, a bójki z czasem stały się codziennością. Rosalie miała nadzieje, że swoim zachowaniem sprawi, że wraz z matką wróci do Nowego Jorku, jednak tak się nie stało.
Rok później Rosalie straciła również i matkę, która zmarła w wypadku samochodowym. Opiekę nad nią przejęła jej ciocia, siostra zmarłej Carmen. Rosalie była jej niezwykle wdzięczna za ofiarowaną pomoc, dlatego zdecydowała się nie sprawiać większych problemów i dawać od siebie jak najwięcej. Z racji, że dziewczyna miała już skończone osiemnaście lat zdecydowała się pójść do pracy. Ze względu na znajomości ciotki rozpoczęła pracę kelnerki w „Hewer Shack”, gdzie pracuje również do tej pory.

Dziewczynie udało się ukończyć szkołę średnią z dobrymi ocenami i świetnie zdanym egzaminem kończącym liceum. Dostała się na uniwersytet medyczny w Seattle, gdzie studiuje zaocznie ze względu na pracę w „Hewer Shack”. Po sprzedaniu rodzinnego domu udało jej się kupić skromne mieszkanie w Poulsbo i zaoszczędzić trochę pieniędzy. Dla dziewczyny nie ma rzeczy niemożliwych, jest otwarta na nowopoznanych ludzi i twardo stąpa po ziemi, pomimo tego co ją spotkało w życiu. Uważa, że skończyła z przeszłością, jednak w głębi duszy wierzy, że któregoś dnia uda jej się wrócić do jej ukochanego, tętniącego życiem miasta.


Hej, zapraszam do wątków! ;)